Artykuł z numeru: 2/2010
Obiecywali gruszki na wierzbie
Zakładane kilka lat temu, z wielkim trudem, plantacje wierzby energetycznej, dziś stają się kłopotem dla ich właścicieli. Surowca nie brakuje, chętnych do jego kupna jest jednak niewielu – twierdzą plantatorzy. Elektrociepłownie przyznają zaś, że do spalania biomasy potrzebują jeszcze dużo czasu i pieniędzy.

„Jesteśmy pozostawieni sami sobie. O naszej fatalnej sytuacji świadczą rozpaczliwe ogłoszenia na giełdzie biomasy, na której próbujemy sprzedać wierzbę energetyczną” – napisał w liście do „Agroenergetyki” Robert Szymanowicz, właściciel 10-hektarowej plantacji wierzby w województwie dolnośląskim. „Nie otrzymujemy przyzwoitych dopłat, elektrociepłownie nie są zainteresowane skupem roślin, a polityka państwa w tym zakresie jest żadna” – twierdzi rozgoryczony.
To tylko zakrzaczenia
Uprawa wierzby na cele energetyczne stała się popularna raptem kilka lat temu. „Po raz pierwszy usłyszałem o tej roślinie w 2002 roku. Pomyślałem wtedy, że warto w nią zainwestować. Można bowiem zrobić coś pożytecznego dla środowiska (mieć wpływ na ograniczenie CO2 oraz SO2) i dla siebie, czyli nieźle zarobić” - pisze plantator.
W 2003 roku Robert Szymanowicz założył plantację. „Pierwszy zgrzyt nastąpił po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Okazało się, że nie dostanę unijnej pomocy, ponieważ wierzba energetyczna traktowana jest przez urzędników jako zakrzaczenia, które nie podlegają dopłatom. W kolejnym roku otrzymałem już płatność podstawową, a dwa lata później, po przedstawieniu umowy z firmą skupującą drewno, również tak zwane dopłaty energetyczne – 45 euro do hektara uprawy” – wspomina.
Finansowe wspieranie plantatorów przez Unię Europejską nie trwało jednak długo. W maju 2008 roku w Warszawie Jerzy Plewa, zastępca dyrektora generalnego Dyrekcji Generalnej ds. rolnictwa w Komisji Europejskiej ogłosił, że UE rezygnuje z przyznawania dopłat energetycznych. Unijni urzędnicy uznali bowiem, że po pierwsze w ten sposób łatwiej będzie stawić czoła rosnącemu popytowi na żywność, a po drugie produkcja roślin energetycznych rozwija się już tak dobrze, że nie wymaga ona dodatkowej pomocy. Z takiego założenia wyszli, gdy powierzchnia upraw przekroczyła w całej Unii Europejskiej dwa miliony hektarów. - Wliczono do niej jednak nie tylko rośliny wieloletnie, ale też na przykład zboża – przypomina Ryszard Gajewski, prezes Polskiej Izby Biomasy, prywatnie właściciel 100 hektarów wierzby energetycznej.
Nie kwapią się do rozmów
Z takimi argumentami unijnych urzędników nie zgadzają się także właściciele plantacji. „Potrzebujemy pomocy i to bardzo!” – przekonuje Szymanowicz. Jako przykład złej sytuacji podaje swoje doświadczenia z potencjalnymi kupcami. „Zadzwoniłem niedawno do Energetyki Lubin z propozycją sprzedaży mojej wierzby. Najpierw dowiedziałem się, że zakład nie ma kotłów przystosowanych do jej spalania, a później, że sam właśnie założył plantację, z której zbiory zabezpieczą zapotrzebowanie elektrociepłowni na biomasę. Przecież to bzdura! Każdy wie, że roczna plantacja niczego nie zabezpieczy, ponieważ pierwszą ścinkę przeprowadza się dopiero po trzech latach od jej założenia” – tłumaczy rolnik.
(kap)
Fot. Wojciech Troszyński
Więcej w drugim numerze „Agroenergetyki”












