Artykuł z numeru: 3/2010
Wiatr nie przebije się przez bariery
Rozmowa z Jarosławem Mroczkiem Prezesem Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej

- W kwietniu w Warszawie odbyła się Europejska Konferencja Energetyki Wiatrowej (EWEC), w której uczestniczyło kilka tysięcy osób. Cieszy fakt, że Europejskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej wystawiło nam za tę imprezę bardzo dobrą ocenę.
- Wszyscy, którzy byli zaangażowani w przygotowanie spotkania, spisali się doskonale. Niestety, wyjątkiem byli nasi politycy, którzy nie dostrzegli rangi tej imprezy. O ile podczas poprzedzającego EWEA Dnia Polskiego, zorganizowanego przez PSEW, pojawiła się wiceminister gospodarki Joanna Strzelec-Łobodzińska, o tyle na bardzo ważnej europejskiej konferencji naszych polityków trzeba było szukać ze świecą.
- Ma pan odczucie, że sektor energetyki wiatrowej jest traktowany po macoszemu?
- Oczywiście, że tak. To nawet nie jest odczucie, tylko głębokie przekonanie.
- Z czego to wynika?
- O to proszę zapytać polityków. Oni z pewnością temu zaprzeczą, ale fakty mówią same za siebie. A są one takie, że w tym roku udział źródeł odnawialnych w końcowym zużyciu energii powinien wynosić około 10,4 procenta, tymczasem mamy na razie niecałe 6 procent, czyli zaledwie trochę ponad połowę tego, co wcześniej było zakładane. I to jest dowód na to, że deklaracje polityczne nie mają przełożenia na rzeczywistość.
- Podczas EWEC padły właśnie takie deklaracje, między innymi z ust Marcina Korolca, wiceministra gospodarki. Twierdził on, że do 2020 roku udział OZE w finalnym zużyciu energii będzie nawet wyższy od wcześniej prognozowanego o pół procenta i wyniesie 15,5 procent. Jak pan podchodzi do tych zapowiedzi?
- Bardzo krytycznie, ponieważ ja opieram się na faktach. Jeżeli do dzisiaj udało się osiągnąć tylko 60 procent zakładanego na ten rok celu, a zmiany dokonane w Prawie Energetycznym, w przekonaniu ludzi z branży, nie zlikwidowały podstawowych barier w rozwoju energetyki odnawialnej, to nie za bardzo rozumiem, na jakiej podstawie można składać takie deklaracje.
- To znaczy, że zmiany w Prawie Energetycznym, które trudno nazwać rewolucją, bo są to raczej kosmetyczne poprawki, branża energetyki wiatrowej ocenia negatywnie?
- Zmiany w prawie – w moim przekonaniu – mają sens tylko wtedy, gdy wcześniej przeprowadza się dokładną analizę tego, w jaki sposób będą one później funkcjonowały w życiu gospodarczym. W tym przypadku takiej analizy nie było. Co więcej, na podstawie propozycji, które zostały przedstawione przed uchwaleniem ustawy, nasze stowarzyszenie ostrzegało, że zmiany nie wniosą oczekiwanych efektów. Ministerstwo Gospodarki twierdziło jednak, że analizy ma, wszystko wie, a my nie mamy tak bardzo się przejmować. Tych analiz nikt jednak nigdy nam nie pokazał. Oczywiście, nie miał takiego obowiązku, ale przez to już dziś widzimy, jakie skutki przyniosły takie działania. Nie ma warunków, które pozwoliłyby na rozwój energii odnawialnej. Mógłbym powiedzieć, że cieszę się, bo wyszło na moje, ale tak naprawdę nie mam powodów do radości. Czasem mam tylko wrażenie, że niektórzy podejmują pewne działania wyłącznie po to, żeby pokazać, że w ogóle coś robią…
- Czy chociaż część państwa propozycji została uwzględniona w znowelizowanej ustawie?
- Chciałbym podkreślić, że rozmowy, szczególnie z Ministerstwem Gospodarki, są bardzo pozytywne. Jeżeli prosimy o spotkanie, to ono się odbywa. Jeśli wnioskujemy o zmiany, to dyskusja nad nimi także ma miejsce. I kilka naszych wniosków, w kwestiach mniej zasadniczych, ale również ważnych, dotyczących na przykład transparentności, zostało zapisanych w Prawie Energetycznym. Problem polega jednak na tym, że my nie tworzymy prawa, możemy tylko zgłaszać wnioski. Treści przepisów nie przygotowuje resort, a Rządowe Centrum Legislacji, czyli grupa prawników. Nie mają oni wiedzy merytorycznej na temat skutków działania danego prawa. Patrzą na nie wyłącznie pod kątem legislacyjnym. I to, mimo poprawności legislacyjnej, choć też nie zawsze, w sferze merytorycznej wywołuje skutki, jeżeli nie fatalne, to przynajmniej słabe, albo wcale ich nie wywołuje.
- Jak pan ocenia pomysł wprowadzenia zaliczek na poczet przyłączenia wiatraków do sieci?
- Zawsze przeciwko temu protestowałem. Zaliczki niczego nie zmienią. Są duże przedsiębiorstwa, dla których ich płacenie nie będzie zbyt dokuczliwe. Jednak na rynku są też takie podmioty, które dysponują projektami, ale z kolei nie mają możliwości, żeby szybko przygotować zaliczkę. Sprzedają więc te projekty, często różnej jakości, krajowym albo zagranicznym firmom. To jednak nie oznacza, że dzięki temu na pewno zostaną one zrealizowane. Wprowadzenie konieczności uiszczania zaliczek miało na celu zmniejszenie liczby wydawanych warunków, odsianie tych, którzy nie będą wykonywali inwestycji. Tak się jednak nie stało i tak z pewnością nie będzie. W tym miejscu, niestety, znów muszę wrzucić kamyczek do ogródka prawników. Gdyby inwestor wiedział, że straci zaliczkę, jeżeli jego projekt nie będzie gotowy ze względu, na przykład, na brak wszystkich dokumentów, związanych choćby z decyzją środowiskową lub zmianą planu zagospodarowania, pewnie miałby poważną obawę przed jej wpłatą. Tak jednak nie jest. Mamy kilka opinii dużych kancelarii prawnych, że zaliczka musi być zawsze zwrócona. Po co więc cała ta zabawa z przetrzymywaniem pieniędzy? My to wiemy i wiedzą o tym także spółki dystrybucyjne, operator przesyłowy oraz resort gospodarki. Różnica między nami polega jednak na tym, że to nam zależy, żeby wreszcie można było inwestować tak, jak w innych krajach, w których rozwija się energetyka wiatrowa. Tymczasem w Polsce robi się wszystko, aby stworzyć sytuację, w której nikt nic nie wie. Niestety, od pewnego czasu obserwuję smutne zjawisko – paru dużych, bardzo poważnych deweloperów, którzy działają w kilku krajach Europy, z Polski się wycofuje. Powód: mają już dosyć pracy w takim bałaganie.
„Mamy kilka opinii dużych kancelarii prawnych, że zaliczka musi być zawsze zwrócona. Po co więc cała ta zabawa z przetrzymywaniem pieniędzy?”
- Dlaczego więc nie wzorujemy się na tych dobrych zagranicznych przykładach?
- Nasza branża uważa, że wystarczyłoby zrobić transpozycję do prawa krajowego przepisów tych państw, w których odnawialne źródła energii, czy konkretnie sektor energetyki wiatrowej dobrze się rozwija. Ale w Polsce jest tak, że zawsze to my musimy wiedzieć lepiej, precyzyjniej, bo to na pewno tamci się mylą, u tamtych w końcu wszystko się wywróci, więc nie ma co brać z nich przykładu.
- Nawiązując jeszcze do zaliczek, które w zamyśle resortu gospodarki miały być pewnego rodzaju zaporą dla spekulantów, uważa pan, że w Polsce ich nie ma?
- Oczywiście, że są, tylko dla mnie spekulacja nie jest niczym negatywnym. Każda działalność gospodarcza, która niesie ze sobą wartość dodaną, jest dobra. Spekulacja, w odróżnieniu od normalnej działalności gospodarczej, wiąże się z olbrzymim ryzykiem. Trzeba jednak pamiętać, że przecież nikt nikogo do tego ryzyka nie zmusza. Niestety, są nierozsądni ludzie, którzy na spekulacyjne ceny odpowiadają pozytywnie, kupują projekty za kwoty wzięte z kosmosu, ale to tylko świadczy o tym, że nie nadają się do biznesu. Natomiast spekulanci nie robią niczego złego, nie oszukują. Rolą kupującego jest zweryfikowanie tego, ile warte jest to, co oferuje spekulant.
"Zależy nam, żeby wreszcie można było inwestować tak, jak w innych krajach, w których rozwija się energetyka wiatrowa.”
- Podczas konferencji EWEC mówiono, że branża energetyki wiatrowej powoli wychodzi z kryzysu. Na ile ten kryzys dotknął polski sektor i jak teraz wygląda sytuacja?
- Polski, na szczęście, ten kryzys jakoś szczególnie nie dotknął. Po pierwsze dlatego, że na tle innych europejskich krajów pod względem gospodarczym wypadamy nieźle, a po drugie, dlatego, że przy żółwim tempie rozwoju tego sektora, fakt, iż banki ostro przyhamowały z udzielaniem kredytów na realizację projektów, niczego nie zmienił. W tym czasie wykonywane były inwestycje głównie bardzo dużych firm, które nie potrzebowały wsparcia w postaci kredytu bankowego, ponieważ posiłkowały się wyłącznie własnymi środkami. Dziś sytuacja się stabilizuje. Banki, z którymi rozmawiam, deklarują już większą otwartość na finansowanie projektów wiatrowych. Takie deklaracje jednak niewiele zmienią, ponieważ wciąż istnieją bariery prawne.
- Podczas Dnia Polskiego mówił pan, że nasz kraj zalewają przestarzałe wiatraki sprowadzane z Zachodu. Czy to przypadkiem nie jest spowodowane kryzysem? Przedsiębiorcy decydują się na takie zakupy tylko dlatego, że tak jest taniej.
- Pewnie spotkam się z krytyką, szczególnie tych, którzy takie interesy robią. Ale uważam, że z używanymi wiatrakami jest tak, jak z używanymi samochodami. Proszę zobaczyć, jak rynek nowych aut cierpi z powodu tego, że do Polski sprowadza się mnóstwo często już wysłużonych pojazdów. W energetyce wiatrowej mamy, niestety, identyczną sytuację. Na Zachodzie turbiny wymienia się na większe, bardziej nowoczesne, a stare zwozi do nas. Zwykle nie generują one już odpowiedniej mocy, technicznie pracują gorzej, powodują złe wrażenie społeczne. To wszystko negatywnie wpływa na rozwój sektora. Oczywiście, ci którzy sprowadzają takie wiatraki, robią na nich doskonały interes. Kupują je bowiem za grosze, a potem dostają w Polsce takie pieniądze, jakby produkowali energię z nowych urządzeń. Niestety, używanych wiatraków jest u nas bardzo dużo, czego dostrzec nie chce resort gospodarki. Niedawno opublikował on Krajowy Plan Działań, czyli dokument, który pokazuje między innymi to, jak nasz sektor będzie rozwijał się do 2020 roku. Urzędnicy założyli, że do tego czasu będzie w Polsce 6000 MW zainstalowanej mocy. Jest tylko jeden problem: zrobiono takie szacunki zakładając, że cała ta moc będzie pochodziła z nowych urządzeń. To jest – twierdzę – błąd urzędników ministerstwa. Mogli przecież sprawdzić w Urzędzie Regulacji Energetyki, że 60-70 procent instalowanej mocy pochodzi właśnie z używanych wiatraków, które jeszcze trochę popracują, a potem się popsują. Takie instalacje wpisują się w ministerialne statystki mocy, natomiast nie produkują zbyt wiele energii. Nie wygenerują one nawet połowy mocy, którą przewidziano w Krajowym Planie Działań. Przykre jest więc to, że znowu „szklimy” Komisję Europejską.
- Przedsiębiorcy twierdzą, że kryzysowi w Europie możemy zawdzięczać jedną rzecz. Mianowicie to, że znacznie skrócił się czas oczekiwania na sprzęt.
- To prawda, pod tym względem jest teraz dużo lepiej, co nie znaczy, że idealnie. Producenci trochę przyspieszyli z wytwarzaniem urządzeń, tym bardziej, że poczuli na plecach oddech konkurencji – nowych firm, które pojawiły się w ostatnim czasie. Jeszcze bardziej rozwinął się rynek chińskich produktów, które co prawda do Europy wkraczają na razie nieśmiało, ale już zdążyły mocno zadomowić się na przykład na rynku w Stanach Zjednoczonych.
- Jakiej jakości są chińskie urządzenia?
- W Chinach jest mnóstwo firm, które weszły w sektor energetyki wiatrowej. Są wśród nich 2-3 naprawdę duże i poważnie podchodzące do interesów. Myślę, że wkrótce to właśnie one będą wiodły prym na świecie. W ogóle w tym kraju instaluje się bardzo dużo wiatraków. Chińczycy pretendują do miana lidera, na co my, niestety, nie mamy żadnych szans. A to dlatego, że uwielbiamy spalać nasze największe dobro narodowe, czyli węgiel. Dziś umiemy już inaczej produkować energię elektryczną, wcale nie drożej, a uparcie obstajemy przy węglu. Wydobywamy go w coraz gorszych warunkach, ryzykując coraz bardziej zdrowiem i życiem górników. A przecież można byłoby zatrudnić ich przy wytwarzaniu energii ze źródeł odnawialnych. Śląsk mógłby stać się doskonałym miejscem, w którym kwitłaby produkcja urządzeń dla OZE.
- W Danii, ale także w innych europejskich krajach, energetyka wiatrowa już dawno wyszła poza ląd. Dlaczego my nie postawiliśmy dotąd ani jednego wiatraka na morzu?
- To jest wyłącznie wina wadliwych przepisów. Jednak ich zmiana jest bardzo trudna. Tym bardziej żałuję, że do tej pory nie powstało stanowisko pełnomocnika ds. OZE (jak w przypadku energetyki jądrowej). Sprawa byłaby wtedy prostsza. A tak rozpatrywana jest ona w trzech ministerstwach. Ustawa o obszarach morskich leży w gestii Ministerstwa Infrastruktury, natomiast kwestią przyłączy zajmuje się resort gospodarki. Jeśli chodzi o wiatraki na morzu, jest to problem, ponieważ mamy do czynienia z kablem podmorskim, który będzie musiał wyjść na ląd, przechodząc przez obszary Natury 2000. I tą sprawą musi zająć się Ministerstwo Środowiska. Nie ma więc mowy o tym, żeby powstały rozsądne przepisy. Każdy resort będzie coś dłubał, zresztą tak się już dzieje, powstaną niespójne ustawy i oczywiście żaden wiatrak w ten sposób nie zostanie zbudowany na morzu. Chcę tylko przypomnieć, że farmę wiatrową na morzu stawia się co najmniej przez siedem lat (liczę ten czas od momentu, gdy firma podejmie decyzję dotyczącą konkretnego terenu pod inwestycję). Mamy 2010 rok. Zanim powstaną jakiekolwiek ustawy dotyczące morskiej energetyki wiatrowej będzie 2012, może 2013 rok. Nawet, gdyby nowe prawo było idealne, to do 2020 roku inwestorzy nie zdążą nic zrobić. A to oznacza, że zapisy w Krajowym Planie Działań są nieprawdziwe.
- Potencjalnych inwestorów zniechęcają przede wszystkim przepisy dotyczące budowania sztucznych wysp. Dziś mogą oni otrzymać koncesję na pięć lat, tymczasem wiatraki będą eksploatowali przez 20-25 lat.
- I to jest absurd. 1 MW zainstalowany na morzu to prawie trzy miliony euro. Jeżeli ktoś ma w planach 100 MW, musi wyłożyć około 300 milionów euro, czyli ponad miliard złotych. Która firma zaryzykuje wydanie tak ogromnej kwoty, nie wiedząc, czy po pięciu latach zostanie jej przedłużona koncesja?! A koszty tej koncesji także są bardzo wysokie. Niestety, prawo nie pozwala na to, aby rozkładać je na raty. Jest wiele spraw, które trzeba uporządkować. Moim zdaniem najpilniejsza dotyczy jednak przyłączenia farm. Na razie nawet nie wiadomo, jak przeciągnąć kable z morza na ląd, ponieważ prawie całą Polskę północną otula Natura 2000. Pewne jest więc, że w razie jakichkolwiek prób zaraz odezwą się ekolodzy.
- Problem może być nie tylko z ekologami. Jak do inwestycji na Bałtyku przekonać mieszkańców nadmorskich miejscowości i turystów? To w końcu oni kilka lat temu skutecznie blokowali inwestycję w Dębkach.
- Tutaj nie widzę większych kłopotów, ponieważ ludzie wypoczywający nad morzem nie będą widzieli wiatraków, może uda im się zobaczyć je przez lornetkę. Na polskiej części Bałtyku wolno bowiem będzie stawiać wiatraki w odległości 20-30 kilometrów od brzegu (takie są sugestie Ministerstwa Infrastruktury). A jeśli chodzi o Dębki, to ten projekt jest rzeczywiście problemem i trudno mi uwierzyć, że znajdzie się w jego przypadku jakieś rozsądne rozwiązanie.
Rozmawiała Kamila Perkowska
Komentarze












